klawiszownia

klawiszownia

czwartek, 14 sierpnia 2014

Yamaha DX7 - moc operatorów

W czasach gdy panowały syntezatory analogowe, tworzenie barw było dość proste. Układ elektroniczny zwany generatorem lub oscylatorem wytwarzał sygnał akustyczny o odpowiednim widmie (tzw. falę). Fala mogła mieć różny kształt i przebieg, co owocowało różnymi efektami brzmieniowymi, np. barwę fletu tworzyło się przy pomocy fali sinusoidalnej, trąbki przy pomocy fali piłokształtnej a klarnet - trójkątnej. Często instrument dysponował także tzw. generatorem szumu, który służył do wzbogacania brzmienia w dodatkowe efekty lub do tworzenia brzmień "perkusyjnych" (cudzysłów celowy). Falę z generatora następnie przepuszczało się przez 2 kolejne punkty - sekcję wzmacniacza, która sterowała głośnością danej fali oraz jej obwiednią. Obwiednia ADSR (skrót od jej faz: Attack - narastanie dźwięku, Decay i Sustain - fazy podtrzymania oraz Release - wygaszanie dźwięku po zwolnieniu klawisza) służyła do kształtowania przebiegu sygnału. Drugi punkt to sekcja filtra, który służył do zaciemniania lub rozjaśniania barwy oraz można było kształtować jego zmiany dynamicznie poprzez regulację jego obwiedni. Trzeci punkt, to sekcja LFO czyli modulacja dźwięku (wprost - vibrato) z ustawieniami jej głębokości, szybkości, kształtu i opóźnienia. Niekiedy zdarzał się także jakiś prosty efekt - z reguły delay lub chorus. Wszystkie parametry były sterowane za pomocą gałek i suwaków, co było nieocenione w grze na żywo, niemniej miało jeden zasadniczy mankament - mianowicie nie można było tych ustawień zapisać w inny sposób niż....na kartce lub w mózgu. Dlatego na teledyskach z lat 70 - 80 klawiszowcy są obstawieni cała elektrownią, bo na jednym klawiszu mają smyczki, na drugim brzęczki a na trzecim plumknięcie. Poza tym instrumenty były sterowane napięciowo, co skutkowało często niestabilnością stroju. Z powyższych powodów były nazywane analogami. Niemniej ich brzmienie było tłuste i ciepłe, a wszelkie ruchy pokręteł były realizowane bardzo płynnie, bez efektu ziarna. To w ogrooomnym skrócie. 



Yamaha DX7 powstała w roku 1983 i była pierwszym w pełni programowalnym syntezatorem cyfrowym z możliwością zapisania własnych barw w pamięci liczącej AŻ 32 komórki! Wówczas to było coś. Klawisz posiadał AŻ 6 oscylatorów (zwanych tutaj Operatorami) z których każdy generował ...wyłącznie falę sinusoidalną. No i tutaj małe zaskoczenie - czyżby maszyna do fletów i organów? Otóż ABSOLUTNIE NIE a na pewno nie tylko. Odpowiedzią jest nazwa typu syntezy zawartej w DX7 czyli FM (Frequency Modulation). Synteza ta umożliwia modulowanie przebiegu jednej fali przez drugą, co owocuje zmianą składowych harmonicznych z powodu zakłócenia widma akustycznego jednej z fal. Można dzięki temu uzyskać nawet efekt piłokształtny. Niby nic takiego, ale - jak powiedziałem - DX oferowała aż 6 operatorów wyjących sinusem a do tego można było je ze sobą łączyć według 32 różnych algorytmów. Prócz tego, każdy z operatorów można było ustawić na inny zakres dynamiki, dzięki czemu tworzyliśmy barwę tak jakby z 6 layerów dynamicznych. Takiego czegoś nie oferowały dużo nowsze i droższe syntezatory oparte na samplach. Przykładowo - Motif oferuje stworzenie barwy z max. 4 warstw (mówię o trybie Voice a nie Performance czy Combi, gdzie można połączyć ich więcej). Fajnie, ale niestety coś za coś. Otóż DX nie był w stanie generować brzmień akustycznych w taki sposób jak sample player - czyli nie można było uzyskać realistycznych instrumentów. Fortepianu choćby nie wiem jak się starać - nie dało się zrobić wiarygodnie. Prawdziwą siłą jednak, jeśli chodzi o barwy tradycyjnego użytku, były piana elektryczne - ludzie mówią, że to super maszynka udająca Rhodesa - niestety NIE. Rhodes, to Rhodes, a FM piano, to FM piano - zupełnie różny charakter brzmieniowy...ale piano DX7 jest wyjątkowe i tak charakterystyczne, że wpisało się jako zupełnie odrębna kategoria brzmieniowa w historii współczesnej muzyki. Poza tym DX tworzy świetne brzmienia organowe, dęte drewniane, basowe i perkusyjne chromatyczne. O barwach syntetycznych już nie wspomnę. Brzmienie świetnie się miksuje w zespole. Jest klarowne i dynamiczne. Ponieważ źródłem są tu czyste fale z operatorów a nie sample, to spokojnie można ustawić equalizer w mikserze na zero, a i tak będzie gadało. Poza tym klawisz dysponuje kapitalną klawiaturą z aftertouch. Zasadnicze wady użytkowe są dwie - po pierwsze: wyświetlacz nie jest podświetlany :(, ale za to obok niego jest mały, 2 cyfrowy wyświetlacz LED, który pomaga w gorszych warunkach w poruszaniu się po presetach. Druga wada - jest to klawisz MONOFONICZNY. Na szczęście te wady zostały poprawione w kolejnych wersjach. Więc obiektywnie w niewiele większych pieniądzach lepiej nabyć DX7II, która nie dość, że ma podświetlony wyświetlacz to jeszcze oferuje tor stereo, możliwość połączenia dwóch barw, tryb Performance, który pozwala na zapisanie swoich ustawień razem z zaprogramowanymi kontrolerami, 64 komórki pamięci oraz nieco solidniejszą obudowę...niestety wszystkie te bajery kosztem membranowych przycisków z wersji oryginalnej, których jestem fanem. W nowszych wersjach zastąpiono je standardowymi przyciskami, jednak dość solidnymi.

Czy DX7 dziś się broni? Tak...broni się, ale wyłącznie w stylistyce w której zasłynęła. Świetnie się spisuje w "szlachetnych" cover bandach grających w klimacie Smooth, w piosenkach z lat 80, repertuarze Whitney Houston lub Sade albo w kompletnie zakręconym i dzikim electro, bo kompletnie odjechane, zmienne w czasie barwy techniczne jak najbardziej da się na niej zrobić, podobnie jak świetne i mocne basy. Ja miałem DX7 już 3 razy i za każdym razem kupowałem ją wyłącznie dla pian elektrycznych pod moje ówczesne projekty...zawsze witam się z nią uśmiechem :)

A poniżej krótkie demko, które popełniłem kilka lat temu:
https://www.youtube.com/watch?v=e3oQEI_qZIA

Jeśli komuś podobają się moje demka, zachęcam do subskrypcji mego kanału.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

KORG T3 - M1 na sterydach

Od kilku lat pasjonuję się sprawdzaniem na czym polega legendarność niektórych tzw. "kultowych" syntezatorów. Bez zbędnego rozwodzenia się nad wszystkimi aspektami tego pytania stwierdzam, że po prostu świetnie się miksowały i miały charakter. Do zacnego grona takich sprzętów jak DX7, D50, czy Triton zdecydowanie należy pierwszy pełnokrwisty sample player o nazwie Korg M1. Pełnokrwisty, bo przykładowo Roland D50, który również zawierał w pamięci sample PCM, miał zdecydowanie zbyt mało pamięci na próbki, żeby można było zaszyć w nim na tyle bogaty ich zestaw w dobrej jakości, żeby mógł stanowić pełną bazę do tworzenia realistycznych barw. Dlatego posiłkował się domieszką syntezy LA. Przykładowo - próbka piana, czy smyczków była bardzo króciutka i należało ją zmiksować z odpowiednio przygotowanym i obrobionym obwiedniowo przebiegiem podstawowym (np. piłokształtnym) żeby uzyskać coś na podobieństwo barwy akustycznej. Na szczęście ten instrument nie zasłynął z udawania barw akustycznych, tylko jako niesamowicie elastyczna maszyna do padów i innych brzmień syntetycznych.

Inaczej sprawa się ma w przypadku Korga M1. Ten klawisz miał absolutnie wszystko (poza stacją dyskietek) co było gwarantem mega hitu rynkowego i tak też się stało. M1 stał się bestsellerem. Bazował w całości na samplach zaszytych w 4MB pamięci. Miał szalenie "seksowny" i elegancki design. Ilość przycisków była niewielka, ale wystarczająca. Nie było również żadnych narysowanych diagramów, wykresów i innych "futurystycznych" elementów graficznych. M1 jest gładziutki, zaokrąglony i ma śliczny wyświetlacz z zielonymi napisami. Klawiatura jest niesamowicie przyjemna i lekko dociążona...jednak troszkę głośno pracuje. W pamięci można było zapisać 100 barw, niestety - nadpisując brzmienia fabryczne. Klawisz brzmi nawet dziś świetnie - charakter brzmieniowy mimo wielu lat nadal broni się w wielu gatunkach. Próbki zostały przygotowane starannie i mają ważną zaletę, która decyduje o ich osadzeniu w miksie zespołu - mianowicie są bardzo bogate w harmoniczne. Mimo niewielkiej pamięci i krótkich pętli - są pełne alikwotów. We współczesnych konstrukcjach niestety ilość próbek nie zawsze idzie w parze z ich jakością. Filozofia M1 jest kultywowana również w Kurzweilach - próbki są podcięte w częstotliwościach tak, że po prostu muszą się miksować, a tym samym nieco zmniejszono ich zapotrzebowanie na megabajty. Poza tym M1 oferuje ówczesną nowość - mianowicie tryb Combi, który jest od tego momentu obecny w każdym workstation Korga. W tym trybie można załadować do 8 barw na jedną komórkę pamięci i rozlokować je na klawiaturze wedle naszych potrzeb, tworząc strefy lub layery (czyli nałożone na siebie brzmienia) - innymi słowy - można dać na lewą rękę pad lub string połączony z czymś innym, a na prawą piano połączone z pianem DX7. Tym sposobem nie trzeba już w zasadzie mieć drugiego parapetu, bo można skonfigurować klawisz tak, że na jednym ustawieniu mamy kompletnie przygotowany instrument pod konkretną piosenkę. Problem jednak w tym, że Korg posiada tylko 16 głosów polifonii, więc bez szaleństw...ale rozsądna głowa da sobie radę :). Kto dobrnął do tego momentu pewnie się zastanawia, po co piszę o M1, kiedy temat dotyczy Korga T3.



Odpowiedź jest prosta. Korg z serii T, to następca M1. A dokładnie jego bardzo rozbudowana wersja. Kupując Korga T mamy w rękach kompletny M1...plus wszystko to, czego w M1 brakowało. Koledzy chałturnicy kupując M1 nieraz wkurzali się na brak brzmień akordeonu, klarnetu, puzonu i bardziej realistycznego fortepianu oraz...jakiegoś nośnika, gdzie można zabezpieczyć dane lub zrzucić piosenkę z sekwencera. Seria T posiada stację dyskietek i problem z głowy. Ponadto, i to jest najważniejsze - seria T posiada kolejne 4 MB sampli, czyli łącznie 8MB. Nowe próbki są przygotowane równie pieczołowicie jak stare i brzmią bardzo dobrze. Piano jest bardziej autentyczne niż M1...ale mimo to wolałem używać tego z banku M1, gdy posiadałem T3. Nowe piano było jak dla mnie jakieś takie płaskie. Teraz natomiast używam Korga T2EX, który zakupiłem w znakomitym stanie. Dodatek EX oznacza możliwość wgrania własnej próbki PCM do 1MB oraz jeszcze lepszą barwę fortepianu (i kilka innych) - i tak też jest. Piano z wersji EX jest świetne. Ma nieco "radiowy" charakter. Doskonale się miksuje...a prócz tego przygotowałem je sobie do pracy sposobem opisanym w poście "Patenty i patenciki", więc jest stereo. Seria T ma także inny wyświetlacz - podobny do tego z 01 i bardzo wygodny w pracy z instrumentem. Możliwości edycyjne są na tyle duże, że można spokojnie wykręcić w zasadzie każde potrzebne brzmienie...przynajmniej mnie się udało zrobić wszystko poza dobrym brzmieniem do "Słodkiego Miłego życia"...tu dygresja w kierunku kolegów chałturników - Panowie...wstęp do tej piosenki nie jest grany na żadnych "Fantasiach" i innych "Brightnessach"...to brzmienie ukręcone z próbek typu "spectrum" lub "sonar" i intro grane na dzwonkowatych fantazjach po prostu odbiera jajo tej piosence. Powiecie "A jak nie ma u mnie tego brzmienia??"...jak nie ma to po prostu lepiej tego numeru nie grać. Goście się nie potną z tego powodu, a jak bardzo będą nalegali lub wyciągali kaskę...to niech se będzie wtedy fantazja. Poza tym, jeśli ktoś ma Motifa lub Korga od Trinity wzwyż, to tam można zrobić bardzo dobre brzmienie Łosowskiego. Przykład zamieszczę na końcu posta. Używam tam brzmienia do intra, które wsamplowałem do K2500 z Korga Microstation...no i gramy z chłopakami ten numer. Wracając do serii T - w krótkim zdaniu - zarąbisty sprzęt, który pomimo lat doskonale się broni brzmieniowo. Są piękne piana elektryczne. Można skręcić dobre brassy, smyki, przyzwoity akordeon, kapitalne organy, w modelu EX jest bardzo ładny fortepian. Ponieważ na pokładzie są przebiegi podstawowe, można zrobić bardzo dobre i dość nowoczesne syntetyki. Bębny z pewnością podniecą wszystkich fanów brzmień z lat 80tych i 90tych, bo nie silą się na udawanie zestawów akustycznych. Ich brzmienie jest silnie przetworzone i tak dynamiczne, że na dobrych paczkach wgniata w fotel. Wszystko w solidnej obudowie ze świetną klawiaturą. Ogólny charakter brzmienia instrumentu - ciepły i szeroki. Serdecznie polecam!

Tutaj wspomniane wcześniej "Słodkiego, miłego..."
"Słodkiego, miłego życia" w wykonaniu zespołu "Wieża Ciśnień"