klawiszownia

klawiszownia

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Patenty i patenciki

Bardzo często ludzie, którzy oglądają mój kanał YT zadają mi pytanie typu: "Jak zrobiłeś barwę z 2:31 sek?". Najczęściej po prostu nie pamiętam, ale zazwyczaj chodzi o barwy pian elektronicznych FM i fortepianów. Ciężko jest odpowiedzieć nie mając instrumentu pod ręką, ale mówiąc w skrócie - dobre brzmienie fortepianu to rzecz względna. Jedni cieszą się gdy dostaną niezwykle szczegółowe i realistyczne brzmienie. Inni z kolei nie przykładają takiej wagi do detali i niuansów a wolą gdy brzmienie dobrze leży miksie i przebija się gdy trzeba. Ja mam po trochu z obydwu opcji. Lubię ładną i bogatą w alikwoty próbkę, ale wystarczą mi 3-4 warstwy dynamiki, bo w warunkach koncertowych lub chałturowych i tak tych niuansów (za które trzeba sporo zapłacić) de facto nie słychać, a jak słychać, to nikt ze słuchaczy (nawet tych o wyrafinowanym uchu) nie uzna tego za element kluczowy Twojego występu...raczej klaszczą za całokształt, technikę gry lub efektowne solo. Nie mówię tu o klasyce, tylko choćby o bluesie czy rock'n rollu. Niepotrzebne są mi też gadżety typu rezonans strun lub stukanie pedału podtrzymania. Fajnie gdy jest, ale jak nie ma, to nawet nie zauważam. Co więcej - jeśli jest taka możliwość, to nawet to sam wyłączam :)

Sytuacja jednak się zmienia, gdy dochodzi do nagrania lub sporządzenia efektownego aranżu na zamówienie. Tu niestety nie można wpiąć poczciwego Korga 01/W, którego piano się broni na livie, ale w studio już wieje plastikiem...no chyba, że ktoś właśnie tego potrzebuje. Podobnie jest z występami opartymi głównie na fortepianie. Niedawno zrobiłem sobie sam krzywdę, gdyż miałem do zagrania mały koncercik na fortepianie, z zespołem wokalnym. Od razu piszę, że nie jestem zawodowym pianistą, ale jakoś tam sobie radzę. Problem w tym, że nie znoszę brzmienia fortepianów typu Silent Grand Yamaha. Są dla mnie dziwne, bardzo konturowe i mają mulasty środek...a taki właśnie zastałem. Pół bidy gdybym grał z nagłośnienia wewnętrznego instrumentu, ale to miało być wpięte w przody. Podpiąłem więc do niego przez MIDI mój moduł Kurzweila MicroPiano, którego brzmienie jest dla mnie absolutnie absolutne. No i wyszła kiszka, bo Yamaha miała inaczej skojarzone wartości Velocity i w rezultacie miałem możliwość grania albo forte, albo fortissimo...i tutaj okazało się po raz kolejny, że prawdziwe piano i te wszystkie "rezonanse strun" i inne stuki i puki są w takich sytuacjach nieocenione. Pomijam już całkowicie naturalną mechanikę zawiadywania dynamiką gry i artykulacji.

Wracając jednak do miksu w bandzie weselnym - tutaj nie ma to znaczenia. Co więcej - nieraz z pozoru plastikowe brzmienie okazuje się bardzo dynamiczne i dobrze klejące się z innymi instrumentami. Przykład choćby w sławetnym pianie z Korga M1. Italo dicho jak znalazł...ale...

- spróbujcie ustawić filter cutoff na małą wartość (czyli zaciemnić)
- ustawcie sterowanie otwarciem filtra poprzez velocity (im mocniej uderzycie, tym jaśniejsze brzmienie)
- zmniejszcie ilość reverbu (ja w brzmieniach "na scenę" w ogóle daję bardzo mało pogłosu, bo dzięki temu brzmienie jest bardziej selektywne i nie muli planu innych instrumentów...podczas gdy niektórzy koledzy po fachu walą mnóstwo efektu pogłosowego i topią wręcz tę swoją barwę)
- podetnijcie nieco fazę "Release" w obwiedni ADSR, żeby skrócić "ogonek" w barwie

....a teraz przejdźcie do trybu Combi i wpakujcie tak zrobione piano 8 razy na jedną z komórek Combi. Potem wasze 5 oktaw podzielcie na 8 części i rozlokujcie poszczególne strefy w innym miejscu panoramy stereo, w taki sposób, żeby od lewej do prawej strony klawiatury brzmienie przechodziło z jednego do drugiego kanału stereo. Unikajcie jednak położeń całkiem skrajnych....zmniejszcie reverb i mamy fajne i ekspresyjne stereo grand piano, mimo, że M1 ma monofoniczną próbkę piana. Ten patent można zrobić w każdym Korgu :)...wierzcie mi, że broni się świetnie.

Następnym razem patent na piano FM :)


środa, 18 czerwca 2014

Sound Canvas - zabytek?

Szczerze mówiąc firma Roland promuje szalenie uczciwą politykę wobec swoich klientów. Od momentu, kiedy pojawiły się modele keyboardów z serii E, które bazowały na module SC, uknułem sobie teorię, że "słyszałeś jednego Rolanda - słyszałeś wszystkie" i nadal tak twierdzę, ponieważ firma począwszy od najtańszego i najprostszego modelu z danej serii ładowała do wszystkich ten sam moduł brzmieniowy i tę samą (z drobnymi wyjątkami) bazę auto akompaniamentów. Instrumenty w miarę wzrostu ceny różniły się wyłącznie ilością dodawanych opcji, takich jak joystick pitch, gniazdo na karty ze stylami, przyciski z efektami specjalnymi, lepszy wyświetlacz, możliwość prostej modyfikacji barwy i zapisanie jej oraz stacja dysków. Fajną rzeczą było też instalowanie od najtańszej wersji pary wyjść liniowych stereo. Konkurencja w postaci Yamahy czy "Kazio" z kolei kusiła mnogością bajerów i kolorków, ale im tańszy model - tym gorzej brzmiał, bo oszczędności przeleciały się na module brzmieniowym...no i u Yamahy wyjątkowo niezrozumiała rzecz - brak wyjść liniowych nawet w sporo droższych modelach, kompletnie tego nie potrafię pojąć. Roland natomiast brzmiał tak samo w całej serii. Moduł Sound Canvas w swoim czasie był naprawdę rzetelnie brzmiącym źródłem dźwięków. Piano uważano za świetne, smyczki za realistyczne, brassy brzmiały bardzo ostro i nowocześnie (zwłaszcza grane w oktawie), inne dęciaki też dawały radę. Słabym punktem natomiast były basy (chudziutkie z dwoma wyjątkami - Fretless i SynBass2)...reszta brzmień wypadała bardzo dobrze w porównaniu z innymi producentami (przykładowo - Yamaha wciąż jeszcze bawiła się w brzmienia FM w tańszych modelach)...aaa...no i jeszcze fajowe bębny - wówczas bardzo na czasie. Lubię i do dziś korzystam z niektórych próbek pod Battery. Barwy to standardowy set GM. 128 podstawowych brzmień w nowszych modelach dostało jeszcze po kilka wariacji, choć większość z nich jest nieco "oszukana", np. Piano z nałożonym chorusem jest zapisane jako kolejna barwa. Przez wiele lat korzystałem z syntezatora Roland JV50, bazujący na Canvasie SC55 i robiłem na nim swoje pierwsze "poważniejsze" aranże i podkłady. Canvas wtedy brzmiał w większości zagranicznych (i nie tylko) hitów. Sporo jego brzmień słychać na płycie "Dotyk" Edyty Górniak, a w samej tytułowej piosence podejrzewam, że wszystkie partie klawiszy pochodzą z SC. Podkłady i aranże robione na tym module świetnie się miksowały - brzmienia były bardzo dobrze zestrojone i brzmiały przyjemnie. Co więcej - bardzo bogata implementacja MIDI pozwalała wykręcić przy pomocy SysEx naprawdę "acidowe" brzmienia (choć napocić się przy tym można było niekiepsko, ale za to jaka duma, kiedy się udało :D...bezcenna). Bardzo długo korzystałem z brzmienia SC do tworzenia ilustracji do bajek i przedstawień teatralnych oraz do prezentacji multimedialnych. Instrument brzmiał w tej roli przyjaźnie i nie zaburzał uwagi widza. Jak to wygląda dzisiaj?

Ano...dzisiaj mówiąc krótko - nie powala. Przyznaję się bez bicia, że jestem po prostu troszkę rozpieszczony przez gigabajty. Ale niedawno byłem posiadaczem modułu SC88vl. Moja poprzednia wersja, to był model SC55 i muszę powiedzieć, że różnica między nimi jest ogromna. Wszystkie błędy w brzmieniu, które irytowały w poprzedniej wersji - tu zostały zdecydowanie poprawione. Co ciekawe - to nie są "zupełnie inne barwy", tu wciąż słychać Canvasa i jego charakterystyczny, aksamitny sound. Zachowano w całości charakter brzmień poprzednika, ale basy są bardziej basowe, Rhodes dostał drugą warstwę dynamiki (tę chrapliwą przy wyższej velocity), bębny są bardziej dynamiczne (stopki mają więcej dołu, werble także, tomy są bardziej mięsiste), na talerzach można zrobić efekt crescenda (w starym SC55 każde kolejne naciśnięcie klawisza odcinało wybrzmienie i odtwarzało próbkę od nowa, więc brzmiało to jak czkawka)...ogólnie brzmienia zyskały składowych harmonicznych, przestarzałe zamieniono na nowocześniejsze (np. Orchestra Hit), ale przede wszystkim - jest ich po prostu duuuużo więcej. Rozczarowało mnie natomiast nowe piano - próbki są niestaranne i odnoszę wrażenie lekkiego rozstrojenia i płaskości. Kapitalnie natomiast brzmią wszelkie El-piana - naprawdę są piękne i dźwięczne, poza tym wrzucono dużo lepsze barwy organowe i kapitalne pady. Leady są po prostu ok. Szału nie ma, ale wstydu też nie. Smyczki są świetne i szeroko brzmiące. Brassy też - soczyste a'la Earth, Wind & Fire. W miksie moduł brzmi jeszcze lepiej niż poprzednik. Dla tych, którzy nie mogą się doszukać swoich faworytów z poprzedniej wersji dostępny jest także...kompletny bank brzmień SC55 - z wszelkimi ich mankamentami. Jestem pewien, że dysponując tym modułem i dobrą klawiaturą sterującą, która umożliwia stworzenie kilku stref na klawiaturze - spokojnie jesteście w stanie się obronić niemal w każdym gatunku muzyki (pomijając typowe i nietypowe odmiany elektroniki, bo tu bardziej liczy się kontrola w czasie rzeczywistym - gałki, suwaczki itp.). Jeśli chodzi o chałturkę - świetne i niedrogie rozwiązanie. Znajdziecie tu niemal wszystko, czego będziecie szukać. Moduł ma bardzo dancingowy i nieco słodki charakterek. I nawet jeśli niektóre brzmienia trącą nieco myszką, to jednak mieszczą się w pewnej klasie. Jak pamiętacie, napisałem wyżej, że nie powala - bo nie powala (co rozumiem przez "powalanie"? - wytrzeszcz oczu, ślinotok, niemożność oderwania się od klawiatury, banan na buzi, podniesione tętno i chęć stwierdzenia, że to najlepsze co słyszałem) ale brzmi rzetelnie, profesjonalnie i ze smaczkiem. Mnie się bardziej podoba i kładzie w miksie niż poźniejsza seria XP...ale to już moje preferencje. Podrzucam demko, jakie nagrałem jakiś czas temu.

Demo SC88vl


wtorek, 10 czerwca 2014

Kurzweil - nie do końca dla presetowców

W moim mieście działa kilka naprawdę niezłych zespołów grających live. Cieszę się z tego, ponieważ dzięki nim jakoś mam wrażenie, że robimy "chałturkę z lepszej półki", a oprócz tego mam ogromną satysfakcję, że jesteśmy w stanie zrobić większość numerów bez podpierania się loopami i innymi arpeggiatorami (choć nie ukrywam, że nieraz mnie kusi) i wszystko wchodzi z naszych palców i gardeł. Niestety z całym szacunkiem do kolegów z tych kapel stwierdzam, że trochę dziwi mnie, że niektórym kolegom klawiszowym nie zależy na zgłębieniu pewnych tajników toru syntezy ich, jakby nie patrzeć, zacnych instrumentów. Często przed wyborem klawisza dla siebie konsultują się ze mną, żebym coś doradził. Wtedy pytam, czy ma mieć dobre presety czy rozległą edycję. Okazuje się, że większość kolegów nie ma po prostu czasu (i niekiedy doświadczenia w tej materii), żeby "dłubać" przy brzmieniu i najlepiej mieć coś, co po prostu brzmi. Niestety w takiej sytuacji rzadko mogę podać jednoznaczną odpowiedź, ponieważ pewne klawisze brzmią w 80% dobrze, a pewne istotne dla chałturnika brzmienia (czyli te pozostałe 20%) trzeba wykręcić i co najważniejsze - uzyskać świetne efekty...no i wtedy taki instrument często odpada. Choć jest jeden kolega, który prosi mnie, żebym mu pomógł to wykręcić, co, nie ukrywam, daje mi dużo frajdy. Kurzweil kojarzy się z klawiszami z półki profesjonalnej. Zawsze jest kojarzony z dość surową ceną, świetnymi fortepianami i smyczkami oraz zawiłą edycją. Obecnie jednak firma zdecydowała się wyjść oczekiwaniom użytkowników naprzeciw i produkuje doskonałe instrumenty w coraz bardziej przystępnych cenach kosztem niektórych opcji edycyjnych. Zanim zdecydowałem się na podjęcie romansu z amerykańskim producentem obejrzałem znakomity pod względem brzmienia i realizacji (oraz niewątpliwie walorów artystycznych) koncert Bee Gees "One night only". Panowie klawiszowi grali na instrumentach Kurzweila K2500. Brzmienie klawiszy mnie urzekło. Niebywale realistyczne sekcje smyczkowe, świetne piano Rhodes oraz forepiany, kapitalne pady i barwy syntetyczne....musiałem TO mieć. Odkładając gotówkę oraz nieco nadwyrężając faktyczne możliwości domowego budżetu nabyłem wreszcie taki model, na jaki mogłem sobie pozwolić - mianowicie PC361. Pierwsza rzecz, jaka mi się spodobała, to samo pudło - pełna profeska, zwykła pakowa tektura z ascetycznym logo i nazwą modelu - żadnych gwiazdek, kolorków i innych wodotrysków. Po rozpakowaniu kolejny szok - mianowicie bardzo dobrej jakości pedał Sustain typu fortepianowego. Poza tym rzeczowa instrukcja obsługi (a nie płytka z PDFem) kabel sieciowy, komplet gumowych nóżek do przyklejenia pod instrumentem...no i ON. Z radością wszystko złożyłem do kupy i odpaliłem sprzęt. No i pierwsze wrażenia...nieco...hmmmm...niezbyt fajne. Po pierwsze - archaiczny wyświetlacz. Po Korgu M50 z dotykowcem poczułem się jak w latach 90 tych. Po drugie - mechanika klawiatury - dziwna, dość płytka i jakaś taka sprężynkowata. Po trzecie - dziwnie ustawiona krzywa dynamiki klawiatury. Po czwarte - osławione i legendarne piano Kurzweila - mulaste, ciemne i kompletnie "nie popowe", poza tym jakieś takie chude i trącące myszką. Pobieżny przegląd barw mnie kompletnie rozczarował. Dziwne Rhodesy, brak El Piana FM, które by mi pasowało, makabrycznie słabe sekcje dęte, kiepskie gitary, mało ciekawych basów syntetycznych. Smyki też jakieś takie chude. Bębny skandalicznie przestarzałe a syntetyki może i klasyczne, ale bardziej niż brzmienie Mooga przydałyby się jakieś virusopodobne agresywne staby. Jedyne co mnie autentycznie powaliło z miejsca to tryb KB3 odpowiedzialny za brzmienie Hammonda - absolutna rewelacja, a w połączeniu z suwakami udającymi drawbary, to już sama frajda. Przyznam, że byłem tym mocno rozczarowany. Niemniej jednak autosugestia i duma kazała mi robić dobrą minę do złej gry i zerknąć w edycję...no i tu kolejny strzał - mnóstwo nieznanych mi zupełnie algorytmów, jakieś keymapy, brak szybko dostępnej sekcji filtrów i w ogóle jakoś mało próbek, wszystko oparte na samych cyferkach i zależnościach. Pogubiłem się w tym kompletnie. Ale co robić? Kasa wydana, nic innego nie ma pod ręką, a najbliższe granie za 2 tygodnie. Zacząłem kręcić korzystając wyłącznie z tych algorytmów, które znałem z japońskich sprzętów. Porobiłem sobie splity klawiatury w trybie Setup (odpowiednik korgowskiego combi) i tu było fajnie, bo robiło się to strasznie szybko w porównaniu do Korga czy Rolanda. Klawisz sam pomagał i udogadniał pracę. Wyświetlacz okazał się bardzo przejrzysty i praktyczny. Odkryłem też, że niefajną dynamikę można poprawić, gdyż producent domyślnie zapiął na torze wyjściowym dość mocno ustawiony limiter...zmieniłem próg jego działania i od razu było lepiej. Mimo to jednak, wciąż uważam że sam mechanizm klawiatury w tym modelu jest fatalny i sztywny. Znalazłem też w miarę jasne piano (Studio Grand), a resztę tylko lekko "podpicowałem" ograniczając się do poprawek obwiedni i efektów. Zabrałem sprzęt na próbę ...i w tym momencie wszystko się zmieniło - klawisz po prostu GADAŁ. Wszystko było rewelacyjnie osadzone w miksie. Piano pięknie wypełniało brakujące spektrum harmoniczne, z pozoru kiepski akordeon fajnie się odezwał w numerach InGrid (i poleczkach i oberach też :) ), rhodes brudny jak oryginał, piana FM okazały się bardzo dobre, a smyczki...jak prawdziwa orkiestra. Chłopcy z kapeli wytrzeszczyli oczy i stwierdzili, że czegoś takiego nie słyszeli. Niestety mój egzemplarz miał problemy z softem. Zawieszały się efekty i migotał wyświetlacz. Poza tym nie byłem zadowolony, bo wiedziałem, że ten klawisz mnie pokonał - słyszałem na YT świetne dema i rasowe barwy użytkowników, a ja umiałem wszystko zrobić "po łebkach". Potrzebowałem japońskiej terapii i sprzedałem klawisz. Trochę byłem wkurzony, bo umiałem programować DX7 z poziomu panelu (co było ponoć dla innych karą boską)...i po kilku miesiącach kupiłem stage piano SP4-7, żeby brzmiało znowu rewelacyjnie, ale żebym nie musiał się barować z edycją - i to piano sobie grało w kapeli przez 1,5 roku, a w międzyczasie udało mi się tanio wyrwać podstawową wersję K2500 i na niej, oglądając tutoriale z YT, rozgrzebując fabryczne presety i czytając na forach pojąłem mniej więcej tajniki syntezy VAST. Okazało się to bardzo logiczne, tylko bardzo czasochłonne...jednak dla osoby, która jest napalona i zdeterminowana Kurzweil jest gotowym laboratorium brzmień. Można na tym wykręcić absolutnie wszystko, łącznie z symulacją syntezy FM. W mega skrócie - tworzy się własny tor syntezy. Jedyne, czego nie udało mi się osiągnąć, to zrobić dobrych, "collinsowskich" brassów. Te, które się udawało wykręcić były po prostu zbyt klasyczne i mało charakterne. Dopiero po dopaleniu ich brassem syntetycznym było w miarę fajnie. W tej chwili zamierzam ponownie zmierzyć się z PC3...myślę, że tym razem będzie to lepsze podejście. Na pewno będzie to wersja 76 klawiszowa, bo ponoć jest tam ta sama klawiatura co K2500 (rewelacyjna). Jednak z całą pewnością nie jest to klawisz dla presetowców i zapalonych zwolenników japońskiej myśli technicznej. Nie ma tu pięknie wypolerowanych i lśniących brzmień. Instrument brzmi realistycznie z wszelkimi mankamentami pierwowzorów i to nadaje mu charakteru. Moim kolegom ciężko jest go polecić, gdyż szczegółowa edycja brzmienia wymaga sporo czasu i zrozumienia pewnych procesów. Znam oczywiście też takich, którym presety z PC361 odpowiadają w stu procentach, ale znam też takich, którzy podzielają moje zdanie i dłubią w swoich Kurzweilach na okrągło...i to nie dlatego, że to co zrobili brzmi źle, tylko dlatego, że mają narzędzie, które umożliwia im brzmienie jeszcze lepsze. Załączam filmik, który nagrałem w czasach korzystania z SP4-7...sami oceńcie.

https://www.youtube.com/watch?v=xT2NxSqPv_Q

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Czy bać się Włocha?...o Ketronie słów kilka

W czasach, kiedy moim jedynym klawiszem był keyboard domowy Yamaha PSR 220, na którym stawiałem swoje pierwsze kroki w połączeniu z sekwencerem, wydawało mi się, że najlepiej brzmią keyboardy Rolanda z serii E. Bardzo podobały mi się akompaniamenty z tych instrumentów, a jak się jeszcze podpięło karty ze stylami, to już było w ogóle ekstra. Moja Yamaszka też mi odpowiadała...style były grywalne, midy brzmiały spójnie i fajnie, a barwy całkiem przyzwoite...jak na ten czas i moje możliwości finansowe. Wtedy jeszcze nie grałem w zespole, więc miałem inne wymagania. Pewnego razu tata zabrał mnie do kolegi, który chwalił się zakupem instrumentu Solton (obecny Ketron) MS50...było to roku pańskiego 1997....i był to dla mnie przełomowy dzień. Instrument brzmiał po prostu pięknie! Miał cudownie i szalenie tanecznie zaaranżowane style, brzmiał całkowicie innym pasmem niż japońska konkurencja i miał bardzo realistyczne instrumenty dęte, akordeony i barwy organowe. Słowem - stworzony pod one man band. Co więcej - była możliwość importu styli z moich wyidealizowanych Rolandów oraz tworzenia całkowicie własnych aranży i to w różnych wariantach harmonicznych. Napaliłem się na niego wręcz niezdrowo. Nawet gdy trafiłem już do żywego składu i używałem Rolanda JV50 z kartą rozszerzenia, nadal Solton mi się śnił po nocach. W końcu udało mi się odłożyć odpowiednią ilość pieniędzy i zakupiłem sobie wspomnianego MS50. Ten dzień byłem skłonny ogłosić świętem narodowym. Mimo, że od pierwszego kontaktu upłynęło kilka lat i poznałem wiele zacnych sprzętów - ten nadal robił na mnie ogromne wrażenie. Dla mego zespołu to też był spory krok w przód. Pojawiły się rasowe hammondy, niezły Rhodes, Fajne dęciaki. Mankamentem natomiast było dość chude piano i zbyt "kulturalne" i miękkie syntetyki, które w weselnej kapeli się przydają. Pozostałe brzmienie były albo przyzwoite albo rewelacyjne. Największym natomiast nieporozumieniem było umieszczenie suwaka volume z prawej strony panelu...kompletnie nieergonomiczne oraz brak normalnego jacka dla pedału dampera  - trzeba było przerobić złącze pedału na 15 pinowe złącze komputerowe. Sprzedałem klawisz po 2 latach używania, gdyż potrzebowałem wówczas możliwości dzielenia klawiatury na więcej niż 4 strefy...niemniej jednak w przeciweństwie do opisywanego wcześniej Kawai - ten klawisz nadal się broni w muzyce dancingowej i weselnej, przede wszystkim ze względu na swoją ...europejskość. Nowsze modele firmy Ketron również brzmią kapitalnie - firma nadal idzie ścieżką dancingowego i realistycznego brzmienia. Tu piana są już świetne...a pozostałe brzmienia jeszcze bardziej realistyczne i po prostu nowocześniejsze. Nadal kuleją ostre syntetyki, ale pady są bardzo dobre. W tej chwili używam do pracy z podkładami i aranżacjami midi (robię ilustracje do muzyki teatralnej oraz aranże na zamówienie) modułu Ketron SD4 - kapitalne i żywe bębny! Co więcej - na koncerty bluesowe również go zamierzam zabierać, ze względu na dobry fortepian i hammondy. Firma pochodzi z Włoch - i absolutnie można jej zaufać. Zwłaszcza Ci, którzy potrzebują miłego dla ucha, grzecznego "europejskiego" i dancingowego brzmienia. Miłośnicy elektronicznych i zakręconych leadów będą zawiedzeni., ale ci, którzy potrzebują świetnych saksofonów, pian elektrycznych, smyczków, dętych blaszanych, gitar, akordeonów i organów, a nie chce im się "kręcić" barw - będą zachwyceni.

niedziela, 8 czerwca 2014

Kręcić czy szukać dalej?

Nieraz zdarzało mi się, że wpadł mi w ręce jakiś osławiony instrument, o którym było głośno...Moje pierwsze reakcje było bardzo różne. Niemniej jednak, bez względu na pierwsze wrażenie wiedziałem i nadal wiem, że najlepszym sprawdzianem dla klawisza jest test bojowy u mnie w zespole. Nie mogę się tylko sam sobie nadziwić, że poświęcam nieraz kilka dni na ustawianie sprzętu "pod siebie" (kwestia szybkiej obsługi) oraz "pod kawałki" (czyli kręcę brzmienia i ustawienia pod konkretną piosenkę), wiedząc, że na graniu ten klawisz może się nie sprawdzić i będę chciał się go pozbyć. Na początku popełniałem okropny błąd w rozumowaniu i sugerowałem się tym, co wykręciłem na słuchawkach w domu. Byłem nieraz zachwycony tym, co słyszałem, a moja święcie cierpliwa żona wysłuchiwała moich peanów na cześć poszczególnych barw danego klawisza ("ale ten ma super piano!", "ale tu jest zarąbisty Rhodes!" itp.)...Tymczasem realia bywały zaskakujące. Na paczkach po prostu to nie gadało, lub gadało całkiem inaczej niż mi się wydawało. Nawet "kultowe legendy" nie dawały nieraz rady. Co ciekawe - gdy przeszliśmy z zespołem na pady i zrezygnowaliśmy z akustycznych bębnów, okazało się, że szukam teraz sprzętu z zupełnie innej parafii. Niemniej jednak nadal sugerowałem się tym, co słyszałem w domku i wciąż zdarzały się paskudne rozczarowania. Najmilej jednak pod tym względem wspominam takie klasyki jak Yamaha DX7, Korg M1, fajny samograj Korg IS40 oraz kompaktowy synth Korg X50. To po prostu u nas w kapeli gadało i to bez większego kręcenia z mojej strony. Pierwsze natomiast rozczarowanie, to był zawodowy workstation Roland XP50...nie wiedziałem o co do cholery chodzi? Miałem pięknie wszystko zaprogramowane i ułożone w Performance - podzieliłem klawiaturę na kilka stref, starannie dobrałem barwy i w domu było niesamowite mięcho, a na graniu - albo się nie przebijało, albo było za głośno i jednocześnie brzydko - było słychać, że jest głośno, ale nie było słychać jak brzmi - ogólnie mówiąc - nie miksowało się i za Chiny nie chciało. Takie poszukiwania "tego, co się miksuje" trwały przez kilka lat, aż skapowałem, że najbardziej wypasione próbki i procesory efektów są zupełnie bezużyteczne, jeśli nie opanuje się obsługi najważniejszego efektu na pokładzie, jakim jest ...po prostu equalizer. Umiejętne podcięcie pasma tu i tam potrafi zrobić z pozornie nie miksującego się brzmienia bardzo ekspresyjny sound. Tylko, że należy pamiętać o dwóch ważnych rzeczach - po pierwsze - nie róbcie tego w domu tylko w salce i na sprzęcie, którego używacie na chałturze...i najlepiej, żeby jeszcze byli z Wami kumple z kapeli, którzy będą podgrywać i umożliwią znalezienie w ten sposób takich częstotliwości, które należy podciąć lub dodać (choć mało którzy kumple są tak cierpliwi ;P), a po drugie - pamiętajcie, że nie da się zrobić czegoś z niczego - jeśli klawisz ma ewidentnie kiepskie sample, to nawet poprawienie pasma nie uratuje słabej próbki do tego stopnia, żeby było dobrze - choćby
dlatego, że sami będziecie wiedzieć, że jest ona brzydka i będzie Was wkurzać używanie jej z powodu braku alternatywy. Jeśli więc macie w rękach instrument, który w domu brzmi rewelacyjnie, dobrze leży pod palcami, ma wygodną obsługę i odpowiada Wam brzmienie próbek i presetów, ale w kapeli się nie klei, to użyjcie pokładowego equalizera (jeśli oczywiście klawisz takowy posiada....większość posiada)...dopiero jeśli tutaj instrument polegnie - wtedy szukajcie czegoś innego. Ktoś powie - "eee, po co grzebać w instrumencie, jak na mikserze można wykręcić brzmienie?" - owszem, można...tylko, że w klawiszu można zrobić inne ustawienia na każdą barwą, a na mikserze zewnętrznym można ustawić wyłącznie barwę globalną dla całego instrumentu. Jeśli komuś się natomiast zupełnie nie chce - polecam poobcowanie z Kurzweilami - one zawsze gadają dobrze, bo programiści barw podcinają je już na etapie samplingu. Robią to we współpracy z doświadczonymi realizatorami, którzy wiedzą co zazwyczaj trzeba chlasnąć lub podbić przy np. nagrywaniu fortepianu, tak, żeby było dobrze. W Kurzweilach nigdy nie musiałem nic kręcić przy barwie tonu. Generalnie jednak klawisz, który w jednym składzie kompletnie się nie klei, w innym potrafi zaskoczyć pozytywnie. Przykład - w naszym zespole weselnym kompletnie się nie sprawdził pod względem brzmienia Motif, a konkretnie jego piano - było albo zbyt mulaste, albo zbyt żyletowate...natomiast gdy zabrałem go do bandu bluesowego, z akustycznymi bębnami i gitarami z pieców (na weselach nie używamy ani pieców, ani odsłuchów - gramy z PODów i używamy słuchawek) to Motifek zagadał jak nic innego do tej pory. Więc reasumując temat - jak najbardziej KRĘCIĆ...a jak się nie da - opchnąć i nie tęsknić.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Kawai X50 - 3D, rozczarowanie po latach.

Kiedy byłem mały i dorastałem otoczony sprzętem marki Unitra nie spodziewałem się, że będzie mi kiedykolwiek dane obcować z instrumentami, których nazwy migały mi zagranicznych wideoklipach. Roland, Yamaha, Korg, Ensoniq - to wszystko wyglądało na kosmicznie drogie i absolutnie nieosiągalne. Na szczęście miałem kolegę, którego ojciec był zawodowym muzykiem i przywiózł z Niemiec takie hity jak Yamaha SY22 i Casio CT670. To były czasy, kiedy posiadałem tani keyboard Amstrad CKX100, który i tak brzmiał o niebo lepiej niż pojawiające się chińskie piszczałki typu Fujitone, Fujiyama i inne Thompsoniki. Niemniej jednak do sprzętów wspomnianego kolegi nie miał startu. W każdym razie często zakradaliśmy się z kolegą do pokoju jego taty (oczywiście pod jego nieobecność) i nagrywałem sobie na kaseciaka przez mikrofon (a potem po kablu) jak te cuda brzmią i słuchałem potem w domu godzinami. Z tamtego okresu powstało kilka konsekwencji - po pierwsze - zapragnąłem być kiedyś taki jak tata kolegi, po drugie obiecałem sobie, że też będę miał dużo zawodowych instrumentów, po trzecie - ogrywane przeze mnie sprzęty z tego okresu zasiały we mnie ogromny sentyment do keyboardów domowych z lat 90tych. Kiedy zacząłem zarabiać na weselach, zaczęło się spełnianie marzeń. Pojawiły się keyboardy Rolanda z serii E, ustosunkowałem się też do instrumentów firmy Casio (negatywnie, z jednym wyjątkiem, o którym opowiem później). Piszę o tym, ponieważ dziwnym uczuciem jest dla mnie przekonanie, że niektóre klawisze niegdyś będące topem topów i w dodatku ekstremalnie ongiś kosztowne, teraz chodzą na aukcjach niemal za półdarmo. Niestety  - nie wytrzymały także próby czasu pod względem brzmienia. Z sentymentu nieraz kupuję jakieś instrumenty, o których marzyłem jako nastolatek - niestety, po zaspokojeniu ciekawości po kilku dniach widzę, że nic ciekawszego z tego nie wyciągnę i żegnam się z instrumentem przez aukcję. Tak było z Kawai X50 - gdy kolega go miał, wydawał się zawodowym statkiem. Teraz niestety - jedyną mocną jego stroną są dość fajnie brzmiące bębny. Podobne do Canvasa, mięsiste i fajnie osadzone w miksie, mimo, że nieco przedatowane. Poza tym instrument brzmi chudo i nudno. Barwy są plastikowe i niedbale zapętlone. Autoakompaniamenty są jakieś takie bardzo nierówne, mimo że niektóre są zawodowo zaaranżowane. Największy dramat pojawia się, gdy odrobinę za późno (kwestia milisekundy) zmienimy akord - partia basu zmienia funkcję, natomiast niektóre ścieżki akompaniujące głupieją i szukają nowej harmonii przez pół taktu. Również funkcja Ending jest dziwacznie zaimplementowana - otóż aby odsłuchać pełnego zakończenia stylu trzeba wcisnąć przycisk w połowie frazy, a nie po bożemu - pod jej koniec. W przeciwnym wypadku usłyszymy tylko pół zakończenia. Kolejna dziwna koncepcja, to organizacja wyjść liniowych. Otóż instrument posiada takowych 4, w postaci złącz cinch. Niestety okazuje się, że nie możemy cieszyć się pełnią przestrzeni stereo podpinając tylko jedną parę wyjść liniowych - żeby wszystkie tracki akompaniamentów usłyszeć, musimy podpiąć wszystkie 4 gniazda do wzmacniacza, albo użyć gniazda słuchawkowego, co jak wiadomo - nie jest zbyt fachowym pomysłem. Instrument oznaczony jest jako 3D sound - czyżby dźwięk surround? Otóż NIE - po prostu funkcja 3D uruchamia algorytm ...losowej panoramy dla barw - ktoś powie, że w tych czasach to był super pomysł? NIE - Roland Sound Canvas SC55 też oferował ustawienie Random dla panoramy. Poza tym ten keyboard mimo, że dysponujący ciekawymi funkcjami, jak np. wielośladowy recorder (bez możliwości dogłębnej edycji ścieżek) lub composer do tworzenia dwóch własnych rytmów jest tak zorganizowany, że wiele funkcji jest poukrywanych, a 3cyfrowy wyświetlacz LED nie ułatwia obsługi. Klawiatura jest plastikowa i ma wyjątkowo wrogo ustawioną akcję oraz marny algorytm Velocity...w zasadzie można by rzec, że "wtedy to było coś"...ale tak naprawdę, to starsze PSRki Yamahy dawały więcej frajdy z gry dzięki grywalnym stylom i dość wygodnym klawiaturom, oraz czytelnej obsłudze. Klawisz ten powstał w drugiej połowie lat 90, gdy firma zaczęła eksperymentować z produkcją keyboardów. Niestety - najwidoczniej moją opinię o tych sprzętach podzielała także większa część użytkowników, bo idea firmy nie została pociągnięta dalej i Kawai całkowicie oddał się pianinom i instrumentom typu Stage Piano...zresztą zacnej jakości... Może kiedyś zrobią kolejne podejście? Przecież mieli na swoim koncie kilka niezłych syntezatorów. In plus można natomiast (poza bębnami) zaliczyć brzmienie instrumentów blaszanych, padów i chórów. Co ciekawe - pliki MIDI brzmią całkiem ładnie - podobne do brzmienia Canvasa, jednak subtelnie odmienne i ładnie wyważone w pasmach. Niemniej jednak, ponieważ nie korzystam z midów w mojej pracy scenicznej...zwrócę instrument panu, który mi go udostępnił i raczej nie zatęsknię.