klawiszownia

klawiszownia

wtorek, 10 czerwca 2014

Kurzweil - nie do końca dla presetowców

W moim mieście działa kilka naprawdę niezłych zespołów grających live. Cieszę się z tego, ponieważ dzięki nim jakoś mam wrażenie, że robimy "chałturkę z lepszej półki", a oprócz tego mam ogromną satysfakcję, że jesteśmy w stanie zrobić większość numerów bez podpierania się loopami i innymi arpeggiatorami (choć nie ukrywam, że nieraz mnie kusi) i wszystko wchodzi z naszych palców i gardeł. Niestety z całym szacunkiem do kolegów z tych kapel stwierdzam, że trochę dziwi mnie, że niektórym kolegom klawiszowym nie zależy na zgłębieniu pewnych tajników toru syntezy ich, jakby nie patrzeć, zacnych instrumentów. Często przed wyborem klawisza dla siebie konsultują się ze mną, żebym coś doradził. Wtedy pytam, czy ma mieć dobre presety czy rozległą edycję. Okazuje się, że większość kolegów nie ma po prostu czasu (i niekiedy doświadczenia w tej materii), żeby "dłubać" przy brzmieniu i najlepiej mieć coś, co po prostu brzmi. Niestety w takiej sytuacji rzadko mogę podać jednoznaczną odpowiedź, ponieważ pewne klawisze brzmią w 80% dobrze, a pewne istotne dla chałturnika brzmienia (czyli te pozostałe 20%) trzeba wykręcić i co najważniejsze - uzyskać świetne efekty...no i wtedy taki instrument często odpada. Choć jest jeden kolega, który prosi mnie, żebym mu pomógł to wykręcić, co, nie ukrywam, daje mi dużo frajdy. Kurzweil kojarzy się z klawiszami z półki profesjonalnej. Zawsze jest kojarzony z dość surową ceną, świetnymi fortepianami i smyczkami oraz zawiłą edycją. Obecnie jednak firma zdecydowała się wyjść oczekiwaniom użytkowników naprzeciw i produkuje doskonałe instrumenty w coraz bardziej przystępnych cenach kosztem niektórych opcji edycyjnych. Zanim zdecydowałem się na podjęcie romansu z amerykańskim producentem obejrzałem znakomity pod względem brzmienia i realizacji (oraz niewątpliwie walorów artystycznych) koncert Bee Gees "One night only". Panowie klawiszowi grali na instrumentach Kurzweila K2500. Brzmienie klawiszy mnie urzekło. Niebywale realistyczne sekcje smyczkowe, świetne piano Rhodes oraz forepiany, kapitalne pady i barwy syntetyczne....musiałem TO mieć. Odkładając gotówkę oraz nieco nadwyrężając faktyczne możliwości domowego budżetu nabyłem wreszcie taki model, na jaki mogłem sobie pozwolić - mianowicie PC361. Pierwsza rzecz, jaka mi się spodobała, to samo pudło - pełna profeska, zwykła pakowa tektura z ascetycznym logo i nazwą modelu - żadnych gwiazdek, kolorków i innych wodotrysków. Po rozpakowaniu kolejny szok - mianowicie bardzo dobrej jakości pedał Sustain typu fortepianowego. Poza tym rzeczowa instrukcja obsługi (a nie płytka z PDFem) kabel sieciowy, komplet gumowych nóżek do przyklejenia pod instrumentem...no i ON. Z radością wszystko złożyłem do kupy i odpaliłem sprzęt. No i pierwsze wrażenia...nieco...hmmmm...niezbyt fajne. Po pierwsze - archaiczny wyświetlacz. Po Korgu M50 z dotykowcem poczułem się jak w latach 90 tych. Po drugie - mechanika klawiatury - dziwna, dość płytka i jakaś taka sprężynkowata. Po trzecie - dziwnie ustawiona krzywa dynamiki klawiatury. Po czwarte - osławione i legendarne piano Kurzweila - mulaste, ciemne i kompletnie "nie popowe", poza tym jakieś takie chude i trącące myszką. Pobieżny przegląd barw mnie kompletnie rozczarował. Dziwne Rhodesy, brak El Piana FM, które by mi pasowało, makabrycznie słabe sekcje dęte, kiepskie gitary, mało ciekawych basów syntetycznych. Smyki też jakieś takie chude. Bębny skandalicznie przestarzałe a syntetyki może i klasyczne, ale bardziej niż brzmienie Mooga przydałyby się jakieś virusopodobne agresywne staby. Jedyne co mnie autentycznie powaliło z miejsca to tryb KB3 odpowiedzialny za brzmienie Hammonda - absolutna rewelacja, a w połączeniu z suwakami udającymi drawbary, to już sama frajda. Przyznam, że byłem tym mocno rozczarowany. Niemniej jednak autosugestia i duma kazała mi robić dobrą minę do złej gry i zerknąć w edycję...no i tu kolejny strzał - mnóstwo nieznanych mi zupełnie algorytmów, jakieś keymapy, brak szybko dostępnej sekcji filtrów i w ogóle jakoś mało próbek, wszystko oparte na samych cyferkach i zależnościach. Pogubiłem się w tym kompletnie. Ale co robić? Kasa wydana, nic innego nie ma pod ręką, a najbliższe granie za 2 tygodnie. Zacząłem kręcić korzystając wyłącznie z tych algorytmów, które znałem z japońskich sprzętów. Porobiłem sobie splity klawiatury w trybie Setup (odpowiednik korgowskiego combi) i tu było fajnie, bo robiło się to strasznie szybko w porównaniu do Korga czy Rolanda. Klawisz sam pomagał i udogadniał pracę. Wyświetlacz okazał się bardzo przejrzysty i praktyczny. Odkryłem też, że niefajną dynamikę można poprawić, gdyż producent domyślnie zapiął na torze wyjściowym dość mocno ustawiony limiter...zmieniłem próg jego działania i od razu było lepiej. Mimo to jednak, wciąż uważam że sam mechanizm klawiatury w tym modelu jest fatalny i sztywny. Znalazłem też w miarę jasne piano (Studio Grand), a resztę tylko lekko "podpicowałem" ograniczając się do poprawek obwiedni i efektów. Zabrałem sprzęt na próbę ...i w tym momencie wszystko się zmieniło - klawisz po prostu GADAŁ. Wszystko było rewelacyjnie osadzone w miksie. Piano pięknie wypełniało brakujące spektrum harmoniczne, z pozoru kiepski akordeon fajnie się odezwał w numerach InGrid (i poleczkach i oberach też :) ), rhodes brudny jak oryginał, piana FM okazały się bardzo dobre, a smyczki...jak prawdziwa orkiestra. Chłopcy z kapeli wytrzeszczyli oczy i stwierdzili, że czegoś takiego nie słyszeli. Niestety mój egzemplarz miał problemy z softem. Zawieszały się efekty i migotał wyświetlacz. Poza tym nie byłem zadowolony, bo wiedziałem, że ten klawisz mnie pokonał - słyszałem na YT świetne dema i rasowe barwy użytkowników, a ja umiałem wszystko zrobić "po łebkach". Potrzebowałem japońskiej terapii i sprzedałem klawisz. Trochę byłem wkurzony, bo umiałem programować DX7 z poziomu panelu (co było ponoć dla innych karą boską)...i po kilku miesiącach kupiłem stage piano SP4-7, żeby brzmiało znowu rewelacyjnie, ale żebym nie musiał się barować z edycją - i to piano sobie grało w kapeli przez 1,5 roku, a w międzyczasie udało mi się tanio wyrwać podstawową wersję K2500 i na niej, oglądając tutoriale z YT, rozgrzebując fabryczne presety i czytając na forach pojąłem mniej więcej tajniki syntezy VAST. Okazało się to bardzo logiczne, tylko bardzo czasochłonne...jednak dla osoby, która jest napalona i zdeterminowana Kurzweil jest gotowym laboratorium brzmień. Można na tym wykręcić absolutnie wszystko, łącznie z symulacją syntezy FM. W mega skrócie - tworzy się własny tor syntezy. Jedyne, czego nie udało mi się osiągnąć, to zrobić dobrych, "collinsowskich" brassów. Te, które się udawało wykręcić były po prostu zbyt klasyczne i mało charakterne. Dopiero po dopaleniu ich brassem syntetycznym było w miarę fajnie. W tej chwili zamierzam ponownie zmierzyć się z PC3...myślę, że tym razem będzie to lepsze podejście. Na pewno będzie to wersja 76 klawiszowa, bo ponoć jest tam ta sama klawiatura co K2500 (rewelacyjna). Jednak z całą pewnością nie jest to klawisz dla presetowców i zapalonych zwolenników japońskiej myśli technicznej. Nie ma tu pięknie wypolerowanych i lśniących brzmień. Instrument brzmi realistycznie z wszelkimi mankamentami pierwowzorów i to nadaje mu charakteru. Moim kolegom ciężko jest go polecić, gdyż szczegółowa edycja brzmienia wymaga sporo czasu i zrozumienia pewnych procesów. Znam oczywiście też takich, którym presety z PC361 odpowiadają w stu procentach, ale znam też takich, którzy podzielają moje zdanie i dłubią w swoich Kurzweilach na okrągło...i to nie dlatego, że to co zrobili brzmi źle, tylko dlatego, że mają narzędzie, które umożliwia im brzmienie jeszcze lepsze. Załączam filmik, który nagrałem w czasach korzystania z SP4-7...sami oceńcie.

https://www.youtube.com/watch?v=xT2NxSqPv_Q

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz