klawiszownia

klawiszownia

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Kawai X50 - 3D, rozczarowanie po latach.

Kiedy byłem mały i dorastałem otoczony sprzętem marki Unitra nie spodziewałem się, że będzie mi kiedykolwiek dane obcować z instrumentami, których nazwy migały mi zagranicznych wideoklipach. Roland, Yamaha, Korg, Ensoniq - to wszystko wyglądało na kosmicznie drogie i absolutnie nieosiągalne. Na szczęście miałem kolegę, którego ojciec był zawodowym muzykiem i przywiózł z Niemiec takie hity jak Yamaha SY22 i Casio CT670. To były czasy, kiedy posiadałem tani keyboard Amstrad CKX100, który i tak brzmiał o niebo lepiej niż pojawiające się chińskie piszczałki typu Fujitone, Fujiyama i inne Thompsoniki. Niemniej jednak do sprzętów wspomnianego kolegi nie miał startu. W każdym razie często zakradaliśmy się z kolegą do pokoju jego taty (oczywiście pod jego nieobecność) i nagrywałem sobie na kaseciaka przez mikrofon (a potem po kablu) jak te cuda brzmią i słuchałem potem w domu godzinami. Z tamtego okresu powstało kilka konsekwencji - po pierwsze - zapragnąłem być kiedyś taki jak tata kolegi, po drugie obiecałem sobie, że też będę miał dużo zawodowych instrumentów, po trzecie - ogrywane przeze mnie sprzęty z tego okresu zasiały we mnie ogromny sentyment do keyboardów domowych z lat 90tych. Kiedy zacząłem zarabiać na weselach, zaczęło się spełnianie marzeń. Pojawiły się keyboardy Rolanda z serii E, ustosunkowałem się też do instrumentów firmy Casio (negatywnie, z jednym wyjątkiem, o którym opowiem później). Piszę o tym, ponieważ dziwnym uczuciem jest dla mnie przekonanie, że niektóre klawisze niegdyś będące topem topów i w dodatku ekstremalnie ongiś kosztowne, teraz chodzą na aukcjach niemal za półdarmo. Niestety  - nie wytrzymały także próby czasu pod względem brzmienia. Z sentymentu nieraz kupuję jakieś instrumenty, o których marzyłem jako nastolatek - niestety, po zaspokojeniu ciekawości po kilku dniach widzę, że nic ciekawszego z tego nie wyciągnę i żegnam się z instrumentem przez aukcję. Tak było z Kawai X50 - gdy kolega go miał, wydawał się zawodowym statkiem. Teraz niestety - jedyną mocną jego stroną są dość fajnie brzmiące bębny. Podobne do Canvasa, mięsiste i fajnie osadzone w miksie, mimo, że nieco przedatowane. Poza tym instrument brzmi chudo i nudno. Barwy są plastikowe i niedbale zapętlone. Autoakompaniamenty są jakieś takie bardzo nierówne, mimo że niektóre są zawodowo zaaranżowane. Największy dramat pojawia się, gdy odrobinę za późno (kwestia milisekundy) zmienimy akord - partia basu zmienia funkcję, natomiast niektóre ścieżki akompaniujące głupieją i szukają nowej harmonii przez pół taktu. Również funkcja Ending jest dziwacznie zaimplementowana - otóż aby odsłuchać pełnego zakończenia stylu trzeba wcisnąć przycisk w połowie frazy, a nie po bożemu - pod jej koniec. W przeciwnym wypadku usłyszymy tylko pół zakończenia. Kolejna dziwna koncepcja, to organizacja wyjść liniowych. Otóż instrument posiada takowych 4, w postaci złącz cinch. Niestety okazuje się, że nie możemy cieszyć się pełnią przestrzeni stereo podpinając tylko jedną parę wyjść liniowych - żeby wszystkie tracki akompaniamentów usłyszeć, musimy podpiąć wszystkie 4 gniazda do wzmacniacza, albo użyć gniazda słuchawkowego, co jak wiadomo - nie jest zbyt fachowym pomysłem. Instrument oznaczony jest jako 3D sound - czyżby dźwięk surround? Otóż NIE - po prostu funkcja 3D uruchamia algorytm ...losowej panoramy dla barw - ktoś powie, że w tych czasach to był super pomysł? NIE - Roland Sound Canvas SC55 też oferował ustawienie Random dla panoramy. Poza tym ten keyboard mimo, że dysponujący ciekawymi funkcjami, jak np. wielośladowy recorder (bez możliwości dogłębnej edycji ścieżek) lub composer do tworzenia dwóch własnych rytmów jest tak zorganizowany, że wiele funkcji jest poukrywanych, a 3cyfrowy wyświetlacz LED nie ułatwia obsługi. Klawiatura jest plastikowa i ma wyjątkowo wrogo ustawioną akcję oraz marny algorytm Velocity...w zasadzie można by rzec, że "wtedy to było coś"...ale tak naprawdę, to starsze PSRki Yamahy dawały więcej frajdy z gry dzięki grywalnym stylom i dość wygodnym klawiaturom, oraz czytelnej obsłudze. Klawisz ten powstał w drugiej połowie lat 90, gdy firma zaczęła eksperymentować z produkcją keyboardów. Niestety - najwidoczniej moją opinię o tych sprzętach podzielała także większa część użytkowników, bo idea firmy nie została pociągnięta dalej i Kawai całkowicie oddał się pianinom i instrumentom typu Stage Piano...zresztą zacnej jakości... Może kiedyś zrobią kolejne podejście? Przecież mieli na swoim koncie kilka niezłych syntezatorów. In plus można natomiast (poza bębnami) zaliczyć brzmienie instrumentów blaszanych, padów i chórów. Co ciekawe - pliki MIDI brzmią całkiem ładnie - podobne do brzmienia Canvasa, jednak subtelnie odmienne i ładnie wyważone w pasmach. Niemniej jednak, ponieważ nie korzystam z midów w mojej pracy scenicznej...zwrócę instrument panu, który mi go udostępnił i raczej nie zatęsknię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz